Miły dzień rozpoczął się źle. Niepotrzebna kłótnia z K. Marudzenie i płacz Oli. Moje spóźnienie na autobus-na szczęście nie do pracy;) Potem już było coraz lepiej. Odległość chyba robi swoje. Dystansuję się. I nawet jeśli specjalnie nie myślę, nabieram zupełnie nowego powietrza do płuc i inaczej zaczynam podchodzić do spraw. Potem aż wracać do domu się nie chce... * Byłam w Poznaniu. Wyjazd w pełni zaplanowany, bo znów po południu miałam szkolenie. Tym razem jednak cały dzień miałam wolny, więc chciałam wykorzystać i pozałatwiać parę spraw. Spóźnienie na autobus spowodowało jedynie, że w Poznaniu byłam godzinę krócej, ale nie zmieniało niczego. Nie spieszyłam się dziś. Nie musiałam:) Udało się nawet spotkać przy kawie ze znajomym, który załatwiał nam kredyt. To miłe, spotkanie w żaden sposób nie służbowe. Ot, posiedzieliśmy, pogadaliśmy... Prócz tego, nie udało mi się wyhaczyć żadnego znajomego, by mój małż miał powód do zazdrości. Połaziłam, nacieszyłam oczy miastem, które tak kocham, a które mam okazję tak rzadko teraz widywać, poszlajałam się po sklepach, i nawet porządnego obiadu nie zjadłam przed szkoleniem... A refleksja smutna. Rzeczywiście, nie chciało mi się dziś wracać do domu. Było ciepło, dzień miałam udany, jakoś dziwnie spokojny. Po co mi powrót do czegoś, co już znam, co mam na codzień, czego mam kompletnie dość. Codzienna nerwówka, niecierpliwość, bieganina, na nic czasu. I ochoty.