Gdy czytam ostatnie notki, gdy cofam się wstecz, dochodzę do wniosku, że na siłę próbuję się oszukać marnymi tekstami, że będzie dobrze, że walczę, że się nie poddam, że nic innego nie pozostaje... bo ciągle się to wszystko powtarza, jak jakaś marna mantra, w którą staram się włożyć choć trochę energii, ale tak naprawdę: nie wierzę.
Czy może być lepiej?
Erasta-su, napisałaś mi kiedyś, że zabrałaś się za pisanie bloga też w formie autoterapii i rezultatem była zmiana partnera... ja już tak raz zrobiłam, myślałam że wyszło na moje i że będę szczęśliwa.
Byłam... póki ktoś nie wszedł z butami do mojego ogródka. Bo dlaczego mam być szczęśliwa? A może nie powinnam? Może nie zasłużyłam? Może za wiele nagrzeszyłam z tym moim porypanym życiu, że limit szczęścia zdążyłam już wyczerpać?
A może szczęście... no właśnie, pojęcie względne, jak większość rzeczy na tym świecie. Wszystko zależy od podejścia. Ja z pewnością nie jestem szczęśliwa. Powiedziało mi to już za wiele osób. A ja nie wiem, od czego zacząć, by znów wejść na tę właściwą drogę... Najgorsze, że ukochana osoba... tak właśnie, ukochana osoba, nie chce wejść razem ze mną na tę drogę, nie chce wrócić na właściwe tory. Sądzi, że dobrze jest jak jest i nie trzeba niczego zmieniać.
"Kochasz mnie?"
"Tak, kocham cię."
"No i właśnie o to chodzi, czy trzeba nam więcej?"